Mozaika Berdyczowska

Żeby tylko wrócić…

(wspomnienia mojej babci)

Pan Paweł, jego żona Ludmiła Sachniewicz i córki: Renata i Anastazja

Każda rodzina na świecie jest zupełnie inna, posiada swój specyficzny koloryt, niepowtarzalne tradycje rodzinne i obyczaje, a jej członkowie zachowują w pamięci wspomnienia o swoich przodkach. Dzisiaj dość trudno opowiadać o rodzinnych korzeniach ze względu na to, że wiele archiwalnych dokumentów zostało zniszczonych podczas II wojny światowej. W pamięci ludzkiej pozostają na zawsze te wydarzenia, które w większości przypadków doprowadziły do zagłady całych rodzin lub pozostawiły głębokie rany w psychice jej członków bez względu na ich narodowość.

Niedawno poznałam pana, który mieszka z rodziną w Żytomierzu i nazywa się Paweł Sachniewicz. Pan Paweł ze łzami w oczu opowiedział mi o trudnym losie swojej babci, która była Polką.

«Moja babcia Józefa urodziła się w 1916 r. na Żytomierszczyźnie w rodzinie bogatego ziemianina. Jej rodzice Józef i Antonina Sachniewiczowie byli bardzo pracowitymi ludźmi, posiadali dużo ziemi (12 ha) i prowadzili własne gospodarstwo. W rodzinie podrastało 11 dzieci. Starsze pomagały rodzicom opiekować się młodszymi braćmi i siostrami, hodować bydło (konie, krowy, woły) i krzątać się przy kuchni. Pracując od rana do wieczora, dobrze się odżywiali. Rodziców stać było na kupowanie różnych rzeczy i przygotowanie bogatego posagu dla każdego dziecka. Mimo wielu obowiązków i ciężkiej pracy rodzina była przyjazna i szczęśliwa, sięgała myślami w jasną pzyszłość... Ale co na nich czekało?

Józefa Sachniewicz

W 1929 r. wybuchł wielki kryzys gospodarczy, który w następnych latach spowodował masowe bezrobocie, zmniejszenie produkcji przemysłowej i ograniczenie zatrudnienia. Znacznie spadły też i ceny produktów rolnych, co doprowadziło do zubożenia ludności wiejskiej. Władze ZSRR zaczęły stopniowo odchodzić od NEP (Nowej Ekonomicznej Polityki) ogłoszonej przez Lenina w 1921 r., aż do jej całkowitego zniesienia w 1929 r. W tym roku Stalin rozpoczął przekształcanie całego społeczeństwa za pomocą kolektywizacji rolnictwa, industrializacji i czystek partyjnych. Rekwizycje ziarna i upaństwowienie ziemi rolnej spowodowały znaczący spadek wydajności pracy chłopów. Efektem tych działań był głód, od którego szczególnie wiele ofiar było na Ukrainie. Nie było co jeść, ludzie umierali prosto na ulicach, dochodziło do aktów przemocy i kanibalizmu. Chłopom zakazano opuszczania wsi w poszukiwaniu pożywienia, uciekinierów rozstrzeliwały specjalne oddziały GPU i milicji. Za zabranie choćby kłosa zboża z kołchozowego pola groziła kara śmierci. Oblicza się, że kolektywizacja i głód doprowadziła w latach 1931 -1933 do śmierci ok. 10 mln ludzi.

Ciężko przeżywała ten czas i moja babcia Józefa. Pod koniec 1933 r. z dużej i szczęśliwej rodziny mojej prababci Antoniny zostały tylko ona i jej troje dzieci: Jan, Marcelina i najmłodsza córeczka Józefa. Moja prababcia pochowała podczas głodu najbliższych i najdroższych na całym świecie jej ludzi: męża Józefa, synów, córki; przeżyła ciężkie choroby i nie mogła nigdy zapomnieć o śmierci jej sąsiadów i znajomych. Czy mogła przepuszczać moja babcia, że los przygotował dla niej jeszcze jedną próbę?

Wiadomo, że 1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy bez wypowiedzenia wojny zaatakowały Rzeczpospolitą. Zniszczenie państwa polskiego miało być początkiem realizacji zdobycia dla narodu niemieckiego «przestrzeni życiowej». 17 września na Polskę uderzyła Armia Czerwona, realizując tajny załącznik zawartego 23 sierpnia 1939 r. paktu z Niemcami (Pakt Ribbentrop-Mołotow przyp. red.).

II wojna światowa na zawsze zmieniła mentalność ludzi, którzy zostali świadkami okrutnego terroru tak ze strony Niemiec, jak i późniejszych represji ZSRR.

Już od pierwszych dni wojny na ulicach miast przeprowadzano łapanki przypadkowych ludzi i aresztowania osób podejrzanych o udział w konspiracji. Wywożono ich do obozów koncentracyjnych lub na przymusowe roboty do III Rzeszy. Najważniejszym celem działania obozów było zyskanie darmowej siły roboczej oraz zastraszenie społeczeństwa.

Moja babcia Józefa Sachniewicz miała wtedy 26 lat i 25 czerwca 1942 r. została wywieziona do niemieckiego gospodarza w Husum. To jest miasto w kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn, w powiecie Nordfriesland. Tam musiała ciężko pracować, bez względu na nieludzkie warunki, wyniszczającą pracę fizyczną, głód i brak lekarstw. Tam, na obczyźnie, poznała i pokochała Polaka, który nazywał się Stanisław Lewandowski. Bóg dał im dwoje dzieci, pierwsze z nich urodziło się w końcu 1944 r. i miało na imię Jan. Po ogłoszeniu zwycięstwa nad III Rzeszą 8 maja 1945 r. babcia wróciła do domu na Ukrainę, gdzie na nią bardzo czekali krewni. Powrót był dość skomplikowany. Podróż trwała nie jeden dzień, w wagonie brakowało powietrza, jedzenia i innych niezbędnych wygód. W owym czasie babcia była w ciąży drugim dzieckiem. Podczas przejazdu prawie nic nie jadła, żeby zostawić jak najwięcej jedzenia dla swojego małego synka. Tylko to nie pomogło - mały Jan nie przeżył tak męczącej podróży i zmarł w drodzę. Przyjechawszy na Ukrainę pochowała go we wsi Nowy Zawód i dowiedziała się, że z jej rodziny po wojnie ocalały tylko matka Antonina i siostra Marcenia. Jej brat Jan musiał służyć w wojsku Armii Czerwonej i zginął na wojnie. Nie wiadomo, gdzie znajduję się jego grób.

Osobiście dużo dowiedziałem się o tych wydarzeniach z dokumentów przechowywanych w naszym rodzinnym archiwum. Babcia Józefa pracowała na terytorium Niemiec, które zostały wyzwolone przez Anglię. Przed powrotem na Ukrainę była ona najpierw osadzona na dwa miesiąca w obozie filtracyjnym, gdzie została przesłuchiwana przez NKWD: pytali o jej życie podczas wojny, czym się zajmowała. Na szczęście pracownicy NKWD nie znaleźli żadnych kompromitujących faktów z życia babci tak na Ukrainie, jak i w Niemczech, więc mogła ona powrócić do «normalnego życia». Tylko brakowało jej ukochanego Stanisława Lewandowskiego, o którym niczego nie wiemy do dziś. Oczywiście krewni zapewnili mojej babci pobyt na Ukrainie, gdzie urodziło się drugie dziecko Antoni, prawdopodobnie syn pana Stanisława. Taka informacja jest zawarta w dokumencie archiwalnym z przesłuchania. Były to tak ciężkie czasy, że otwarcie mówić o przymusowej pracy i o tamtym życiu było niebezpiecznie, więc w zaświadczeniu o urodzeniu mojego ojca pana Antoniego wpisano nazwisko «Sachniewicz», syn «Jana», a nie «Stanisława». Życie toczyło się dalej, trzeba było troszczyć się o małego Antoniego, siostrę i starą mamę. W 1950 r. babcia wyszła za mąż za Borysa Wolskiego, żeby jej syn miał ojca. Oprócz Antoniego urodziła ona jeszcze pięcioro dzieci i miała, jak kiedyś w dzieciństwie, dużą i szczęśliwą rodzinę.

Dzięki niezłomności, odporności, silnej wierze w Boga i jeszcze wielu innym dobrym cechom charakteru mojej babci Józefy, która miała takie trudne życie, pełne smutku, prób i tragedii, ja żyję teraz na tym świecie i mam własną rodzinę. I do dziś dziękuję jej za tę ofiarę, którą poniosła, i przetrwała. Właśnie ona dała życie ludziom, którzy wyrośli na dobrych, pracowitych i godnych obywateli Ukrainy, biorąc wzór ze swojej matki. Z czasem babcia Józefa miała dwanaścioro wnuków. W ogóle mam dobre wspomnienia ze swojego dzieciństwa, kiedy zbieraliśmy się razem na święta przy wspólnym stole, modliliśmy się i śpiewaliśmy polskie pieśni. Niestety mój ojciec i moja babcia już nie żyją, ale pozostaną w pamięci naszej rodziny na zawsze. Swoim córkom Anastazji i Renacie często opowiadam o babci i jej życiu. Uważam za obowiązek potrzebę przekazywania informacji o swoich przodkach dalszym pokoleniom i przechowywanie odpowiednich dokumentów. Proszę Boga o godne życie dla swojej rodziny i wierzę w jej jasną przyszłość.»

Należy pamiętać, że w tym artykule podaliśmy dane biograficzne pani Józefy Sachniewicz, ale podobny los spotkał miliony ludzi. Lepiej poznając przeszłość, cenimy w ten sposób każdą chwilę naszego wolnego życia.

Wiktoria Zubarewa,
członek Żytomierskiego Obwodowego Związku Polaków na Ukrainie.

Podziel się linkiem:

Komentarze

Elżbieta Karczmarczyk

15:55

17 Listopada 2011 r.

Poczta autora
Witam.
Zaskoczyło mnie w artykule nazwisko. Mój wujek, o którego dalszej rodzinie nic nie wiadomo, też nazywał się Sachniewicz, wiem tylko, że urodził się na pewno na kresach. Jeszcze przed wojną wyjechał do Bydgoszczy, potem mieszkał w Warszawie. Może to jakaś rodzina? Czy jest możliwy kontakt z krewnymi bohaterów artykułu?

Pozdrawiam,
Ela
Helena Wojciechowska

19:19

6 Marca 2012 r.

Poczta autora
Witam.
Losy pani Józefy Sachniewicz w wielu wątkach są jakby odbiciem w lustrze losów mojej mamy Leokadii Rutkowskiej, urodzonej na Żytomierszczyźnie,w Berdyczowie w 1923r. - też przeżyła wielki głód, jej starszy brat podczas II WŚ musiał służyć w Armii Czerwonej, zginął i leży pochowany w zbiorowej mogile w Polsce. Mama była na przymusowych robotach w Austrii, po których wróciła do Berdyczowa. Oczekiwała na nią cała rodzina, która ze względu na nią nie wyjechała do Polski z pierwszą falą repatriantów. Tyle podobieństw w losach - dalej toczyły się już inaczej. Mój dziadek musiał sprzedać dom na Piatigorce, aby za łapówki uzyskać pozwolenia na wyjazd do Polski w późniejszym terminie. Cała rodzina osiedliła się na Dolnym Śląsku koło Wrocławia. W okolicach Berdyczowa pozostała jednak rodzina mojej babci: Stanisław Romanowski, Zofia Romanowska i Maria Romanowska. Nic o nich nie wiem, poza tym, że latach 60-tych odwiedzili w Polsce swoją siostrę, a moją babcię Janinę Rutkowską (z domu: Romanowska), a także moją mamę. Może ktoś z tej rodziny przeczyta moją opowieść i zechce się ze mną skontaktować?
Pozdrawiam, Lena Wojciechowska
Imię z nazwiskiem
Poczta z małpą
Komentarz
 
Яндекс.Метрика