Mozaika Berdyczowska

Niespokojne życie wsi Agatówka

Kiedyś zaprosiła mnie do siebie moja koleżanka Jadwiga Jarowa (z domu Kowalska), posiadaczka Karty Polaka, która jest przewodniczącą grupy mieszkańców wsi Agatówka rejonu berdyczowskiego obwodu żytomierskiego. Powiedziała mi, że w jej wsi miała miejsce kolejna awantura i znów trzeba było walczyć o swoje prawa i przetrwanie. Jaki był powód tej awantury?

Otóż od trzech lat, od kiedy to pani Jadwiga kupiła w Agatówce dom i przeniosła się do tej wioski, awantury nie ustają. Jedno z takich nieprzyjemnych zajść miało miejsce w maju tego roku (2012), kiedy to kilka rodzin ucierpiało wskutek zatrucia substancjami chemicznymi, które są wykorzystywane do niszczenia szkodników na polach uprawnych. Pola są dzierżawione przez kilka dużych firm rolniczych, takich jak PP «Karola» i «Kampania Słodu». Na polach tych były prowadzone opryski w celu zabezpieczenia rzepaku przed szkodnikami. Pola te leżą w sąsiedztwie pól i działek miejscowych rolników, którzy hodują tam warzywa oraz karmę dla bydła. W przeddzień oprysków rzepaku trucizną nikt nie uprzedził miejscowych mieszkańców o niebezpieczeństwie tej akcji, w skutek czego około dwudziestu osób poważnie zachorowało. «Kiedy zetknęliśmy się z tym problemem i zwrócili do lekarzy — opowiada pani Jadwiga — to miejscowe władze robiły trudności, abyśmy nie mieliśmy możliwości zrobienia jakiegokolwiek badania, które dowiodłoby, że ucierpieliśmy wskutek trucizny, rozlewanej na dzierżawionych polach»

Zgodnie z prawem Ukrainy prezes Rady Wiejskiej powinien był poinformować ludność o irygacji pól trucizną, aby w tym dniu nie było wypasane bydło i nie pracowano na otwartym powietrzu. Sama pani Jadwiga, jej córka Wiktoria i dwuletnia wnuczka Zosia nagle zachorowały: bolało ich gardło, głowa, czuły się słabe, wystąpiły dolegliwości żołądkowe, na skórze pojawiła się wysypka. U wszystkich trzech przejawiły się jednakowe oznaki choroby. W szpitalu lekarze stwierdzili, że cała rodzina zatruła się nieznaną substancją chemiczną, lecz w ciągu półgodziny nagle zmienili swoją opinię, stawiając nową diagnozę — infekcja jelitowa.

Trzeba było zrobić specjalne badania krwi, aby ustalić jaka trucizna trafiła do organizmu ludzi. Ale w szpitalu powiedzieli im, że takie badania można zrobić tylko w «Ochmatdet» — klinice zdrowia matki i dziecka w Kijowie. Później jednak okazało się, że krew można było zbadać na obecność substancji szkodliwych w Berdyczowie, jednak mieszkańców wsi specjalnie oszukano, aby zyskać na czasie, gdyż po trzech dobach ślady tych szkodliwych substancji we krwi zanikają. Lekarki w prywatnej rozmowie powiedziały poszkodowanym kobietom: «Zrozumcie, jesteśmy ludźmi podległymi». Pani Jadzia i jej starsza córka Irena posiadają wyższe wykształcenie, są nauczycielkami chemii i biologii. Dlatego, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski o przyczynach choroby nie trzeba było tracić dużo czasu. «Zajrzałyśmy do Internetu i od razu znalazłyśmy potrzebną informację na temat naszej choroby. Wszystko wskazywało na to, że zatrułyśmy się chemikaliami stosowanymi przez firmy na polach, które dzierżawią.

Ale jak tylko zaczęłyśmy szukać prawdy, aby dostać odszkodowanie za poniesiony uszczerbek na zdrowiu, wokół naszych rodzin miejscowe władze na polecenie kogoś z «góry» stworzyły atmosferę uniemożliwiającą udowodnienie prawdziwej przyczyny choroby. Czego tylko nie stosowano wobec mnie i mojej córki! Podstawową metodą szykanowania było rozpowszechnienie różnego rodzaju pogłosek i plotek. Posądzano nas, oczywiście nieoficjalnie, że jesteśmy osobami z zaburzeniami psychicznymi, które zawsze są ze wszystkiego niezadowolone. Straszono nas także sądem, a do jednej miejscowej kobiety przedstawiciele władz wpadli do domu i powiedzieli, że ona nie posiada normalnych warunków do utrzymania i wychowania dzieci, grożąc ich odebraniem od rodziców, chociaż nie mieli prawa wchodzić do mieszkania bez specjalnego nakazu. Innym rodzinom grożono zwolnieniem z pracy, a u jednej pani nawet spaliła się stodoła. Teraz już udowodnienie, że winowajcami naszej choroby są prywatne firmy, dzierżawiące ziemie od mieszkańców Agatówki, jest niemożliwe.»

Po kłopotach z zatruciem zaistniały nowe problemy. Tym razem z drogą, która przechodzi przez naszą wieś. Nawierzchnia tej drogi jest obliczona na nie więcej niż osiem ton, oprócz tego droga przebiega przez centrum wsi, gdzie stoją domy mieszkalne. «Kiedy przeniosłam się do Agatówki — kontynuuje opowieść pani Jadwiga — zauważyłam, że wiejska droga jest całkowicie rozjechana. Okazało się, że przez wieś na co dzień jeżdżą ciężarówki mające 60 ton wagi, które wożą żwir, kamień i odsiew z kamieniołomu granitu. Podczas tej jazdy w niebo wznosi się chmura kurzu opadająca potem na domy i podwórza rolników. W skutek tego nie można otwierać okna, bo kurz pokrywa wszystko, co jest w mieszkaniach. Wszystkie drzewa i owoce w ogrodach także są pokryte grubą warstwą szarego pyłu. Na niektórych domach pojawiły się pęknięcia. Poza tym zaistniało niebezpieczeństwo uszkodzenia gazociągu, który znajduje się przy drodze. A to może spowodować odłączenie całej wsi od gazu.

Napisaliśmy podanie do naczelnika inspekcji drogowej z prośbą o ustawienie znaku drogowego ograniczającego tonaż ciężarówek jeżdżących przez wieś. Niedługo po tym znak został postawiony, ale ciężarówki, nie zważają na zakaz jazdy przez osiedle i nadal jeżdżą tą drogą. W czerwcu zagrodziliśmy drogę «żywym murem», t. z. sobą, i nie puściliśmy transport do wsi. Wezwaliśmy milicję, zaprosiliśmy środki masowego przekazu i lokalne władze. Kierowcy ciężarówek przeklinali i rzucali na naszych mieszkańców różne obelgi. Dochodziło nawet do bójek. Chodzi o oszczędność paliwa, gdyż przez obwodnicę odległość jest większa. Najwygodniej przejechać przez wieś, skracając drogę. Rozgłos o naszym starciu z kierowcami poszedł na całą Ukrainę, ale problem nie przestał istnieć. Nadal ciężarówki pędzą przez Agatówkę. Nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać. Możemy tylko zrobić zdjęcie numerów tablic na samochodach. Kilka razy po tym incydencie zgłaszaliśmy to na milicję, ale zawsze otrzymywaliśmy odpowiedź, że ciężarówki przez wieś nie jeżdżą, a numery, które przedstawiliśmy nie są numerami ciężarówek, lecz samochodów osobowych. Kiedy córka zatrzymała jedną ciężarówkę i powiedziała, że tu taki transport nie powinien jeździć, bo zanieczyszcza się powietrze, kierowca odpowiedział, że jemu wszystko jedno czym będzie oddychać ona i jej mała.

W czasie kampanii przedwyborczej do naszej wsi często przyjeżdżali kandydaci do Rady Najwyższej obiecując złote góry, jeżeli oddamy za nich swoje głosy. Kiedyś zawitał jeden bardzo wpływowy pan razem z sprzętem drogowym i ekipą telewizyjną. Na oczach zdziwionych mieszkańców całej wsi uroczyście rozpoczął remont naszej drogi. Wszystko to nagrywała ekipa telewizyjna na polecenie kandydata. Po nagraniu materiału i wystąpieniu kandydata przed kamerą telewizyjną cały sprzęt i dekoracje robocze opuściły wieś. Kandydat obiecał, że niedługo wróci i zrobi wszystko dla polepszenia warunków życia mieszkańców Agatówki.»

Remont drogi rozpoczął się 12 września i trwał aż ... dwa dni. Od tej pory prace zostały wstrzymane, a maszyny pomału zaczęły opuszczać wieś. Lecz mieszkańcy od razu zauważyli, że mogą zostać po raz kolejny oszukani i nie wypuścili maszyn z Agatówki, zagrodziwszy drogę znów «żywym murem». Właściciele maszyn próbowali wywieść maszyny ze wsi w nocy, ale mieszkańcy zorganizowali dyżur i nie dali maszynom wyjechać. Kierownictwo obiecuje, że remont drogi niedługo zostanie ukończony, lecz miejscowi nie ufają już nikomu, przecież tyle razy zostali oszukani. Pani Jadzia dzisiaj (16.10. 2012) miała dyżur do 3:30, potem zmieniła ją sąsiadka. Rolnicy nie przestają walczyć o normalne życie dla swoich rodzin. Trwa prawdziwa wojna o przetrwanie. I tej walce nie ma końca. W naszym kraju zwycięża ten, kto jest silniejszy, sprytniejszy i bogatszy. A co na to urzędnicy państwowi? Na polecenie z «góry» przymykają oczy na bezprawie i nie lubią tych, którzy mają coś do powiedzenia.

Izabella Rozdolska

Podziel się linkiem:

Komentarze

Imię z nazwiskiem
Poczta z małpą
Komentarz
 
Яндекс.Метрика