Tato już nie wrócił...

Nowoczesny kościół Matki Boskiej Fatimskiej w Dowbyszu
Nowoczesny kościół Matki Boskiej Fatimskiej w Dowbyszu, foto z Wikipedii

Po wojnie życie w Dowbyszu do łatwych nie należało. Wielu mieszkańcom tej miejscowości po raz kolejny zajrzał w oczy głód.

— W 1945 roku była wielka susza i nieurodzaj i w następnym roku znów nie było co jeść — wspomina Samuel Arabski. — Jeszcze w 1947 roku głodowaliśmy i dopiero później sytuacja zaczęła się poprawiać. Wtedy, o ile pamiętam, nikt z głodu nie umarł, ale ludzie byli bardzo wynędzniali. Zdarzały się przypadki aresztowań i prześladowań rolników, którzy chcieli coś z kołchozu ukraść nadającego do jedzenia. Pamiętam głośną sprawę Teofili Turowskiej, która później, po upadku Sowietów, została prezesem parafii. W 1947 roku zesłali ją do łagrów na 10 lat. Pełniła funkcję magazynierki w kołchozie. Pewnego razu z jej magazynu dwóch chłopów wzięli dwa worki zboża, bo nie mieli czym nakarmić dzieci. Milicja jednak ich złapała w lesie z tym żytem. Dostali po 15 lat łagrów, a Teofila Turowska trafiła do więzienia za to, że nie dopilnowała magazynu. Odsiedziała 6 lat. Wyszła wcześniej, bo umarł Stalin i ogłoszono amnestię. Wróciła do Dowbysza, pobudowała dom i pracowała w fabryce porcelany. Moje całe rodzeństwo też sprowadziło się do Dowbysza. Wszyscy pobudowali sobie domy. Jedna siostra, druga, dwóch braci. Przy nas zamieszkała mama, która później zmarła i tu ją pochowaliśmy. Ja pracowałem w przedsiębiorstwie, zajmującym się wydobyciem torfu. Nie doczekałem w nim jednak emeretury, bo wydobycie torfu w okolicach Dowbysza się zakończyło i przedsiębiorstwo zlikwidowano. Maszyny przekazano do Olewska, a załogę przeniesiono na Zakład Porcelany. Przed emereturą pracowałem w nim jako kierowca, zarabiając na utrzymanie rodziny. W zakładzie eksploatacji torfu poznałem swoją żonę, też Polkę, Alfredę Felińską, z którą wspólnie przeżyliśmy 60 lat. Zmarła kilka miesięcy temu. Mieliśmy tylko jednego syna, który obecnie mieszka w Winnicy. Siostra mojej żony zapisała mu bowiem mieszkanie, które wcześniej dostał jej mąż jako weteran II wojny światowej. Też był Polakiem i nazywał się Kowalski. Walczył w polskiej armii, do której go zmobilizowano, ale nie chciał zostać w Polsce i wrócił w rodzinne strony. Zawszę z żoną uważaliśmy się za Polaków, jak zresztą cała nasza rodzina.

Koniec wojny nie był szczęśliwy dla Józefa Jabłońkiego. Gdy wrócił po demobilizacji do rodzinnego Tartaku, nieznani sprawcy zabili mu ojca.

Marek A. Koprowski „Na gruzach Marchlewszczyzny”
Marek A. Koprowski „Na gruzach Marchlewszczyzny”, foto Larysy Wermińskiej

— Jesienią 1945 roku przed wieczorem o godzinie szóstej przyszli do nas jacyś uzbrojeni ludzie i poprosili ojca, by pokazał im drogę do Jawnego — wspomina Józef Jabłoński — ojciec oczywiście poszedł. Niczego nie podejrzewał. Zresztą nie miał wielkiego wyboru. Mimo, że wojna się skończyła, do naszej wsi, utopionej w lasach, wciąż zachodzili różni „leśni ludzie” — banderowcy albo zwykli bandyci. Rozróżnić ich było trudno, bo zachowywali się podobnie. Tato, jak poszedł z tymi nieznajomymi, to już nie wrócił. Gdzieś koło jedenastej wieczorem przyszedł do nas nieznajomy człowiek i powiedział — waszego batkę ubili! — dodał też, że leży tu i tu. Następnego dnia rano znaleźliśmy ojca. Leżał w jamie rozebrany do bielizny… Udało mu się ujść z rąk GPU, by zginąć z rąk bandytów… Wtedy nie było gdzie szukać sprawiedliwości. Jednego Polaka było mniej i już. Polaków dalej tu nienawidzono i wszyscy się dziwili, że jeszcze jacyś Polacy się zachowali. Kto chciał żyć, ten musiał udawać, że jest Ukraińcem…

Przez kilka lat Józef Jabłoński mieszkał w rodzinnym Tartaku, by w 1951 roku przeprowadzić się do Dowbysza.

— Początkowo pracowałem w domu dziecka dla sierot wojennych — wspomina. — W miarę, jak dzieci te dorastały, jego działalność stopniowo wygasała, aż w końcu został on rozformowany. Zatrudniłem się wtedy w „siltechnice”, gdzie doczekałem renty inwalidzkiej. Jeszcze, jak pracowałem w domu dziecka, to w 1952 roku się ożeniłem. Rok później na świat przyszła nasza córka, później urodził się syn. Kupiliśmy z żoną następnie drewniany dom w Adamówce, który rozebraliśmy i przenieśliśmy do Dowbysza i tu zbudowaliśmy na nowo. Żona pracowała w Fabryce Porcelany. Zmarła, biedaczka, 11 lat temu. Od tej pory żyję w swojej chacie pod opieką córki. Syn jest emerytowanym wojskowym, mieszka w Mińsku.

Rodzina Jabłońskich zawsze uważała się za Polaków i katolików.

Zestaw do herbaty z Zakładu Porcelany w Dowbyszu, foto z Wikipedii
Zestaw do herbaty z Zakładu Porcelany w Dowbyszu, foto z Wikipedii

— Wiara niewątpliwie podtrzymywała nas na duchu i pozwalała przetrwać najtrudniejsze czasy — wspomina córka Józefa Jabłońskiego, Maria, w małżeństwie Górecka — dzięki tacie, który w domu dziecka był kucharzem nigdy nie głodowaliśmy i mieliśmy co jeść. Babcia ze strony mamy zadbała, by cała rodzina nie zapominała o tym, że jej przodkowie byli Polakami i katolikami. W jej chacie po raz pierwszy zobaczyłam katolickiego kapłana. Był to ksiądz Czesław Jankowski. Posługiwał on w Żytomierzu w katedrze i dojeżdżał do skupisk polskich, m. in. w Nowogradzie-Wołyńskim i Pokostówce, gdzie pafarianie nie mieli kapłana. Potajemnie odwiedzał też wiernych w innych miejscowościach, m. in. w Dowbyszu. Moja babcia pochodziła z Pokostówki. Razem z mężem i czworgiem dzieci, w tym także i moją mamę, w 1936 roku wywieziono ją do Kazachstanu. Jej mąż, czyli mój dziadek, do zasłania nie dojechał. Zmarł na wyczerpanie w drodze. Jego ciało zabrano z towarowego wagonu i pogrzebano w nieznanym miejscu po drodze do Kazachstanu. Babci z już dorosłymi dziećmi udało się wrócić do Dowbysza w 1948 roku. Nadawała ona ton całej rodzinie, dbała o jej religijne wychowanie. Zorganizowała podziemne kółko różańcowe, którego członkowie spotykali się regularnie w różnych chatach. Pamiętam, kiedy te kobiety się zbierały, to nie tylko się modliły, ale także wspominały swoje życie. Dla mnie to były najlepsze lekcje historii. Z zapartym tchem słuchałam opowieści o życiu Polaków na Marchlewszczyźnie na przełomie lat dwudziestych i rzydziestych, o zapędzaniu wszystkich do kołchozów, o głodzie, wywóżkach i rozstrzeliwaniach. Dzięki temu zawsze wiedziałam, w jakim kraju mieszkam i nie wierzyłam w komsomolską propagandę. Bratu także te lekcje historii zapadły w pamięć. Chociaż został wojskowym, lecz nigdy nie zapomniał o tym, że jest Polakiem i katolikiem. Obecnie już jest emerytem i bez obawy chodzi do kościoła. Cała nasza rodzina żyła skromnie, majątku się nie dorobiła, ale zachowała swoją tożsamość narodową. Tutaj, jak i wszystkich Polaków, w najtrudniejszych momentach podtrzymywała nas wiara. Pamiętam z jaką ogromną radością oczekiwaliśmy na tajne przyjazdy kapłana i nabożeństw, podczas których chrzcił dzieci, udzielał ślubów, spowiadał itp. Najczęściej to czynił ksiądz Stanisław Szczypta, ks. Jankowski został sparaliżowany i nie wyjeżdżał już z Żytomierza. Oczywiście, ten uważał się za Polaka, kto utrzymywał związek z Kościołem. Taka osoba mogła być wyłącznie zwykłym robotnikiem i nie miała szans na awans. Dlatego też wśród nas zdecydowaną większość stanowili ludzie prości, najczęściej biedni. Karierę robili ci, co stali się komunistami i krzyż zastąpili czerwonym sztandarem… Takich też nie brakowało, choć wielu z nich po upadku Związku Sowieckiego uświadomiło swój błąd…

Resztki pomnika Lenina w Dowbyszu, foto Piotra Kościńskiego
Resztki pomnika Lenina w Dowbyszu, foto Piotra Kościńskiego

Po II wojnie światowej Dowbysz zaczął się rozwijać i pomimo, iż administracyjnie został zdegradowany, to jednak gospodarczo się postępował. Dowbyski Zakład Porcelany stał się znany nie tylko na Żytomierszczyźnie, ale i na całej Ukrainie. Swoją produkcję eksportował do wielu krajów na całym świecie, a także do wszystkich republik ZSRR. Produkował całą serię filiżanek wręczanych z okazji 1 Maja, rocznicy rewolucji październikowej, urodzin Lenina itp. Całą kolekcję takiej porcelany można podziwiać w prywatnym muzeum Stefana Kuriaty. Fabryka Porcelany była niewątpliwie głównym czynnikiem rozwojowym Dowbysza. Nie było w Dowbyszu praktycznie rodziny, która w ten lub inny sposób nie była związana z Zakładem. Jego rozbudowa spowodowała rozpoczęcie w Dowbyszu budownictwa blokowego, najpierw tzw. „chruszczówek” (od nazwiska sekretarza generalnego CKKPRS Nikity Chruszczowa, red.), zwanych przez mieszkańców „chruszczobami”. Określenie to nawiązywało do rosyjskiego słowa „truszczoby” oznaczające slumsy. „Chruszczówki” nie bardzo się od nich różniły. Na początku bloki tego typu miały jedną kuchnię, ubikację i łazienkę na korytarzu dla całego piętra. Rozwój Zakładu Porcelany spowodował też napływ do Dowbysza specjalistów o różnych narodowościach i to nie tylko Rosjan czy Ukraińców, ale tak egzotycznych… jak Buriaci. Coraz więcej w związku z tym pojawiło się też w Dowbyszu rodzin mieszanych. Także polsko-buriackich. Mianowicie z takiej rodziny pochodzi były premier Ukrainy Jerzy Jechanurow. Jego matką była Polka, która nie zatraciła w związku małżeńskim swojej tożsamości narodowej i regularnie uczęszcza do dowbyskiego kościoła. Należy wierzyć, że polska krew gra także w żyłach jej syna, którego ojciec znad Bajkału zawędrował na daleką Ukrainę.

U dzieci z małżeństw mieszanych polsko-ukraińskich polska krew z reguły zawsze się odzywa i wracają one do tradycji przodków nawet, jeżeli w ich rodzinach nie były one kultywowane. Z polsko-ukraińskiej rodziny pochodzi Oleg Chomiak, matematyk, dyrektor szkoły średniej w Dowbyszu, wiceprzewodniczący Towarzystwa Polaków im. Jana Pawła II i członek Rady Parafialnej p. w. Matki Bożej Fatimskiej w Dowbyszu.

— Urodziłem się w Dowbyszu — opowiada — Mój ojciec był Ukraińcem, mama — Polką. Nigdy nie zadawałem sobie pytań — kim jestem? — jakieś większe święta religijne oczywiście obchodziliśmy, ale o wyjazdach do katedry w Żytomierzu nie było mowy. Żyliśmy, można by tak powiedzieć, po sowiecku. Na wakacje rodzice zawozili mnie do wsi Wiłki koło Nowego Zawodu. Tam mieszkali dziadkowie ze strony mamy i babcia chodziła do kościoła w Nowym Zawodzie i mnie do niego zabierała. To spowodowało, że powoli zaczynałem się „budzić” i uświadamiać, kim jestem. Języka polskiego nauczyłem się już sam. Gdy zaczęło się w Dowbyszu polskie odrodzienie, od razu się w nie zaaganżowałem.

Marek A. Koprowski „Na gruzach Marchlewszczyzny”

Podziel się linkiem:

Aby otrzymywać informacje o nowych artykułach publikowanych na stronie,
subskrybuj nasz newsletter!

Komentarze