Mozaika Berdyczowska

Ucieczka przed wojną

Ucieczka przed wojną
Uratowana rodzina z Żytomierza przebywająca obecnie w Płocku (Natalia, Anitka i Wiktoria)

Jeżeli ktoś lubił kiedyś oglądać filmy wojenne, to od 24 lutego 2022 roku sam został głównym bohaterem, ale, niestety, nie filmowym, lecz całkiem realnym. W XXI wieku zaczęła się wojna!

Chciałabym opowiedzieć o tym, w jak trudnych warunkach uciekałam przed wojną i jakie miałam przeżycia. Jestem naocznym świadkiem rozpoczęcia wojny Rosji przeciwko Ukrainie w swoim rodzinnym Żytomierzu. Żadne słowa nie oddadzą uczucia strachu, bólu i rozpaczy, kiedy człowiek w wielkim pośpiechu ucieka z kraju, zostawiając za sobą swoje dzieciństwo, wspomnienia, dom i nadzieje... A zwłaszcza to, co najdroższe sercu i najbliższe – swoją rodzinę i miłość!

Jeszcze dzień wcześniej planowałam to, co będę robić nazajutrz: swoje lekcje w szkołach ukraińskiej i polskiej – 23 lutego był jak zwykle pełen rozmaitych spraw. 24 lutego zamienił życie całego kraju i całego narodu ukraińskiego w wielką tragedię.

Jeżeli chodzi o mnie, tego dnia usłyszałam dwa wybuchy. To były takie dźwięki, że kazały mi w piżamie zerwać się z łóżka i instynktownie podbiec do okna. Pamiętam, że przez jakąś chwilę wszystkie inne okna były ciemne, bo było po 5 rano, a potem, jakby na rozkaz, cała nasza ulica się obudziła i stało się jasno. Ludzie z trwogą patrzyli jeden na drugiego, stojąc w oknach, tak jak ja, w piżamach... Boże, jak to? Wojna? Może to jakiś straszny sen..., może jakaś pomyłka! W tak okrutny sposób wojna zapukała do naszych drzwi, do naszych domów i świadomości.

W tym momencie podeszła do mnie moja mama i powiedziała, że na wszystkich stronach internetowych piszą, że zaczęła się wojna, a bomby spadły na lotnisko wojskowe Ozerne pod Żytomierzem. Chwilę później otrzymałam wiadomość od swojej wicedyrektor, że wszystkie zajęcia w szkole są odwołane, że każdy powinien zadbać o swoje bezpieczeństwo, mieć zapas jedzenia, wody i szukać schronu na wypadek bombardowania czy ostrzału rakietowego.

Taka informacja ścina krew w żyłach, a człowiek, chcąc nie chcąc, wpada w straszną panikę. Tak, trzeba było sobie uświadomić, że zaczęła się wojna i życie nie będzie już takie, jak przedtem.

Najpierw zawiadomiłam uczniów ze swoich trzech szkół i drogich przyjaciół, że nasze wszystkie spotkania są odwołane. Pamiętam, że dzieci pisały do mnie, żebym uciekała z miasta na wieś. A ja odpisałam, że nie mam dokąd i jak jechać i że zostaję w domu. Rodzice uczniów też oferowali mi swoją pomoc. Dzięki Bogu, że miałam tak wspaniałych ludzi wokół siebie, którzy chcieli się o mnie zatroszczyć i ratować moje życie nawet w takiej sytuacji! Moi znajomi i przyjaciele z Polski i innych krajów zaczęli do mnie pisać, żebym jak najszybciej wyjeżdżała i nie myślała o rzeczach, a tylko o tym, jak uratować swoje życie.

Moja mama szybko zadzwoniła do dziadków i siostry, a potem powiedziała mi, że powierza życie moje i mojej siostry Bogu i chce, żebyśmy natychmiast wyjeżdżały z wnuczką Anitką z Ukrainy do Polski. Nie wiem, ile zdrowia to kosztowało moją drogą mamę, która cała we łzach pomagała nam się zbierać. Niestety, wszyscy mężczyźni w wieku 18-40 lat musieli pozostać. Więc duża część naszej rodziny została.

Tego dnia parę minut po rosyjskim uderzeniu na infrastrukturę wojskową i straż graniczną Ukrainy ogłoszono stan wojenny i powszechną mobilizację. Wzięłam jedną walizkę z dokumentami i jedzeniem. Dokładnie nie pamiętam, co pakowałam, bo po prostu byłam w szoku. Zadzwoniłam do kierowcy autobusu, który najpierw powiedział, że nie jedzie, bo wszystkie rejsy odwołano, a potem dodał, że może w sobotę jednak ruszy. Zadzwoniłam na nasz dworzec PKS, ale nikt nie podnosił słuchawki. A potem kierowca napisał, że będą trzy autobusy i że mogę jechać z siostrą i siostrzenicą, ale więcej transportu nie będzie i dodatkowych miejsc też nie ma.

Wsiadając do autobusu, z wielkim smutkiem popatrzyłam na płaczących dziadków i mamę, na plac Zwycięstwa, na niebo i ptaki smutno lecące w różne strony. W powietrzu czuć było napięcie, wielki żal i niepewność. Wszyscy ludzie gorzko płakali, zarówno ci, którzy wyjeżdżali, jak i ci, którzy pozostawali. Żegnali się tak, jakby już nigdy mieli się nie zobaczyć... A potem w autobusie było cicho jak makiem zasiał. Zaproponowałam, żebyśmy się pomodlili o bezpieczną i szybką jazdę. Ludzie chętnie przyłączyli się do wspólnej modlitwy. To była najdłuższa droga mojego życia, a zarazem najtrudniejsza, bo nie wiedziałam, czy dojedziemy bezpiecznie na miejsce. Telefony trzeba było wyłączyć, żeby nas nie namierzyli. Na każdym posterunku kontrolnym (na drogach ustawione były posterunki, tzw. blokposty) modliłam się, żeby nas szybciej puścili. Ulice mijanych miast były puste. To były miasta widma, w których panowały prawdziwie egipskie ciemności!

Na granicy był następny dramat, bo mężczyznom w wieku 18-40 lat z naszego autobusu kazano wracać. Zaczęły się szlochy i pożegnania... A potem podeszły do naszego autobusu kobiety z dziećmi, które zmierzały do granicy na piechotę. To były osoby z pobliskich wiosek i miasteczek, które do granicy w Jagodzinie szły około 10 km. Jedna kobieta trzymała na rękach niemowlę i bardzo prosiła kierowcę, żeby pozwolił jej wejść, bo było dość zimno. Dzieci położyły się na podłodze, skulone, zmęczone, zapłakane… Ich matki, też w przejściu, bo w ogóle nie było miejsca, przysiadły na kolanach. Nie było czym oddychać, każdy centymetr autobusu był wypełniony albo rzeczami, albo ludźmi. Nigdy bym nie pomyślała, że w takich warunkach można jechać! Pamiętam, że ktoś oparł się na mojej nodze, ktoś inny położył głowę na kolanach. A ja trzymałam jeszcze na nich torby, plecak i jedzenie, a na ramieniu miałam swoją siostrzenicę. Wtedy przypomniałam sobie o swoich uczniach, takich samych dzieciakach, jak te w autobusie. Miałyśmy cukierki, więc z siostrą dałyśmy tym maluchom słodycze, ale nie chciały jeść. Nikt nie miał na nic ochoty. W powietrzu zawisło pytanie: „Czy zdążymy dojechać?”.

Ze spuchniętymi nogami, czerwonymi od łez oczami i strasznie wymęczeni wszyscy pasażerowie wyszli z autobusu w Warszawie. Nikt z nas nie dostrzegł piękna warszawskich ulic i tej swobody w powietrzu, bo każdy miał w myślach jedno: przeżyłem.

Jestem wdzięczna Panu Bogu, że mnie, moją siostrę i moją siostrzenicę uratował od męczeńskiej śmierci, gwałtu i rosyjskiej niewoli. Niech Bóg miłosierny nawróci wrogów i tarczą swej opieki osłoni niewinnych, dzieci, kobiety i starców na Ukrainie. Przeżycia na zawsze zostaną w mojej pamięci i będę się modliła za poległych ukraińskich żołnierzy i zwykłych ludzi, zwłaszcza tych, których los był bardziej tragiczny i o wiele trudniejszy niż moja podróż do Polski.

Wiktoria Zubarewa, mieszkanka Żytomierza
Zdjęcie: Uratowana rodzina z Żytomierza przebywająca obecnie w Płocku (Natalia, Anitka i Wiktoria)

Podziel się linkiem:

Komentarze

Imię z nazwiskiem
Poczta z małpą
Komentarz
 
Яндекс.Метрика