Mozaika Berdyczowska

Gehenna Polaków w ZSRR

Sto tysięcy deportowanych, sto tysięcy zamordowanych. Taki był los Polaków w ZSRR w okresie bezpośrednio przed II wojną światową.

Profesor Mikołaj Iwanow z Uniwersytetu Opolskiego ukuł niegdyś określenie «pierwszy naród ukarany» (taki tytuł nosiła jego wydana wiele lat temu książka). I choć sam przyznaje, że był za to krytykowany — choćby przez Ukraińców, których miliony zmarły podczas wywołanego sztucznie przez Stalina Wielkiego Głodu — to jednak swoje słowa podtrzymuje. Bo taka jest prawda: Polacy w ZSRR zostali ukarani za to, że są Polakami. Za nic innego.

Prof. Iwanow specjalizuje się w dziejach najnowszych Polaków zamieszkujących głównie Ukrainę. Natomiast prof. Zdzisław Julian Winnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego — Polaków z Białorusi. Teza prof. Winnickiego jest jeszcze ostrzejsza. Jego zdaniem, w okresie tuż przed wojną, «Polacy w ZSRR czuli się jak Żydzi w III Rzeszy».

Bolszewicki eksperyment
Zaczęło się od eksperymentu z polskimi rejonami narodowościowymi. Trzeba przy tym pamiętać, że traktat ryski z 1921 r. pozostawił na wschód od granicy polsko-sowieckiej spore skupiska ludności polskiej. Było więc z czego te rejony tworzyć.

I tak, w Ukraińskiej SRR powstał w 1925 r. rejon marchlewski, ze stolicą w przemianowanym na Marchlewsk Dołbyszu. A w Białoruskiej SRR Kojdanów stał się Dzierżyńskiem — i niewiele później stworzono rejon dzierżyński. W obu powstały liczne polskie szkoły i czytelnie-chaty. W Marchlewsku czytano wydawany w Charkowie, a potem Kijowie «Sierp», a także lokalną «Radziecką Marchlewszczyznę», a w Dzierżyńsku — «Młot», szybko jednak przemianowany na «Orkę». Polskich — choć bolszewickich — gazet i gazetek było około dwadzieścia.

Były plany, niezrealizowane, utworzenia także kolejnych «polrejonów». Po co je tworzono? — Żeby zdestabilizować sytuację w II Rzeczpospolitej. By pokazać, jak dobrze mają Polacy w ZSRR, inaczej, niż np. Ukraińcy i Białorusini w Polsce — wylicza prof. Iwanow. Natomiast prof. Winnicki ma swoją teorię. Uważa, że polskie rejony miały podobny cel jak Karelo-Fińska SRR i Mołdawska SRR — ta pierwsza powstała celem przyłączenia do ZSRR Finlandii, a ta druga by przyłączyć do ZSRR Besarabię (prawie cały obszar dzisiejszej Mołdawii, przed wojną należący do Rumunii). — Polacy z polskich rejonów mieli «zażądać» przyłączenia Polski do ZSRR — uważa. Z pewnością polrejony miały być takimi małymi «bolszewickimi Polskami», choć trudno się było spodziewać, aby stały się kuźniami bolszewickich kadr. Na to były za małe i zbyt wiejskie, a za mało «proletariackie». Bolszewickie kadry miały wychować takie instytucje jak Polski Instytut Pedagogiczny w Kijowie.

Cały ten eksperyment się nie powiódł. Polacy nie chcieli wstępować do partii bolszewickiej i kołchozów. Jakoś niezbyt przekonywała ich propaganda ateistyczna. W efekcie wszystkie te polskie, bolszewickie instytucje zadziałały w sposób odwrotny do zamierzonego — umocniły na Ukrainie i Białorusi polskość, nie przekonując Polaków do komunizmu.

I to był zapewne główny powód upadku «polrejonów». Innym była zapewne obawa przed niepewnymi Polakami, zamieszkującymi w pobliżu strategicznie ważnej sowiecko-polskiej granicy. Ale nie tylko. Podobno Stalin szczególnie niechętnie nastawiony był do Polaków i Polski. Tymczasem zabrakło tych znaczących działaczy komunistycznych — Polaków, którzy mieli wpływy w «wierchuszce» partii bolszewickiej. Ideę polskich autonomii wspierał jakoby zwłaszcza Feliks Dzierżyński, ale zmarł w 1926 r.

Owa niechęć Stalina do Polaków przyniosła konkretne działania. Najpierw (w 1935 r. Marchlewszczyzna, w 1938 r. Dzierżyńszczyzna) zlikwidowane zostały polskie rejony, a potem niemal wszystkie polskie organizacje i instytucje. Po tym przeprowadzona została «operacja polska», w efekcie której kilkadziesiąt tysięcy Polaków zasiedliło kazachskie stepy, a ponad sto tysięcy trafiło na cmentarze. W wymiarze międzynarodowym była to likwidacja Komunistycznej Partii Polski, połączona z fizyczną likwidacją jej przywódców.

Zaczęło się od deportacji. Na obszarze wzdłuż granicy sowiecko-polskiej do wysiedlenia typowano całe wioski. Ale wywożono nie tylko do Kazachstanu. Najpierw celem wywózek była Ukraina wschodnia. Tam jednak trafiło stosunkowo niewielu Polaków. Pewno dlatego, że było to za blisko.

Wysiedleńcom dawano czas na spakowanie dobytku, łącznie ze zwierzętami i np. nasionami zbóż. Bo w Kazachstanie mieli pracować. Tygodniami jechali w bydlęcych wagonach, by trafić na środek kazachskiego stepu. Kilkadziesiąt rodzin lokowano w stepie i kazano budować wieś. I budowali, z początku zazwyczaj ziemianki albo chatynki z darni, «tynkowanej» mieszaniną nawozu i gliny.

Za oddalanie się od wsi groziły kary. Zresztą, dokąd mieli się oddalać, bez dokumentów, które im zabierano, bez pieniędzy? Polacy w Kazachstanie byli traktowani jak «wrogowie ludu». I to do 1956 roku. Choć sporo ich na Ukrainę później wróciło, to jednak wciąż żyje tam do 100 tys. osób polskiego pochodzenia.

— Polacy z Radzieckiej Marchlewszczyzny mieli szczęście, bo ich deportowano i przeżyli. Ci z Dzierżyńszczyzny tyle szczęścia nie mieli. Ich po prostu wymordowano — twierdzi prof. Winnicki.

O ile w dawnym Marchlewsku–Dołbyszu (ukr. Dowbysz) ponad połowa mieszkańców to Polacy, o tyle w Dzierżyńsku Polaków pozostało bardzo niewielu.

Rzeczywiście — naszych rodaków z Radzieckiej Dzierżyńszczyzny nie deportowano. Nie trafili do Kazachstanu. W sporej części trafili do Kuropat na skraju Mińska, gdzie wg. różnych danych pochowanych jest od 100 do 250 tys. ofiar NKWD. — Oczywiście, trudno było odróżnić Polaków od np. Białorusinów, bo przecież wyglądali podobnie i ubierali się tak samo — podkreśla prof. Winnicki. Dużo łatwiej rozpoznać tych mordowanych od jesieni 1939 r., pochodzących z dawnej, wschodniej Polski, noszących inne ubrania i np. krzyżyki na szyjach. Ale według niego co najmniej 20 tys. ofiar Kuropat to właśnie Polacy z Dzierżyńszczyzny. A takie Kuropaty, choć mniejsze, znajdują się w niemal każdym mieście Białorusi. NKWD mordowało ludzi w bardzo wielu miejscach. Ofiarami byli Polacy, Białorusini, po prostu «wrogowie ludu».

Związek Radziecki był państwem starannie uporządkowanym i nic nie działo się bez powodu. Dla «operacji polskiej» NKWD — przeprowadzonej na podstawie formalnie podjętych decyzji — trzeba więc było znaleźć powód.

I tak wymyślono «Polską Organizację Wojskową», która miała zapewne swój pierwowzór w faktycznie istniejącej POW podczas I wojnie światowej. Ta nowa POW miała być organizacją dywersyjno-terrorystyczną, sterowaną przez Warszawę i działającą na terytorium ZSRR. Tyle, że nie istniała. Nie przeszkodziło to jednak oskarżaniu o udział w POW setek, jeśli nie tysięcy Polaków — zwykłych kołchoźników czy robotników, nauczycieli i urzędników, każdego, kto znalazł się na liście NKWD.

Dane pochodzące z sowieckich archiwów mówią o wymordowaniu w latach 1937–38 aż 111 tysięcy Polaków, skazaniu 29 tysięcy Polaków na wieloletnie pobyty w łagrach i deportowaniu łącznie ponad 100 tysięcy naszych rodaków. Niestety, państwo polskie nie zdołało jak dotąd w wystarczający sposób uczcić ich pamięci. Mało kto o nich mówi, mało kto pisze.

I nie bardzo też wiadomo, co zrobić z następstwami «operacji polskiej». W Kazachstanie wciąż żyją Polacy — jest ich co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, może nawet sto. Ściągnąć do Polski? Wspierać tam, na miejscu? A Dołbysz, dawny Marchlewsk, to dziś biedna, pozostawiona sama sobie miejscowość — «posiołek miejskiego typu». Dokoła wymarłe wsie.

Gehenna Polaków w ZSRR posiała w nich strach. Dobrze, że Ukraina jest niepodległa i Białoruś jest niepodległa, ale u wielu z tych starszych strach pozostał. Bo wystarczyło mieć niewłaściwą narodowość w piątej rubryce sowieckiego paszportu, by móc się spodziewać aresztowania, zesłania, łagru, rozstrzelania.

Piotr Kościński
(autor jest dziennikarzem «Rzeczpospolitej». Szersza wersja tego artykułu ukazała się w tygodniku «Uważam Rze».)

Podziel się linkiem:

Komentarze

Imię z nazwiskiem
Poczta z małpą
Komentarz
 
Яндекс.Метрика